Wokół ACTA

Wokół ACTA To że „patryjoci” się umawiają z „zaprzańcami”  nie było chyba dla nikogo tajemnicą. Może nawet nie jest tak, że oni się sami umawiają. Ja myślę, że mają jakiegoś alfonsa, który ich umawia, znaczy się rozkazuje, przy której szosie aktualnie mają pracować. Tym razem stręczyciele nakazali, aby i „patryjoci” i „zaprzańcy”, a na domiar jeszcze nawet i PSL poparli w europarlamencie „umowę handlową dotyczącą zwalczania obrotu towarami podrobionymi” dla niepoznaki znaną powszechnie jako ACTA.

Umowę tę do tej pory trzymano pod kocem, i gdyby nie to, że Wikileaks ujawniła tę tajną pracę wielu rządów a także korporacji zarządzających prawami autorskimi w 2008 roku do dziś być może nie wiedzielibyśmy o niej. O podpisaniu przez nasz rząd tej umowy mogliśmy się dowiedzieć od milicjanta, który kopniakiem otworzył drzwi naszego domu o 6:00 rano i przyszedł w sprawie plików. Czy skopiowanych, czy zamówionych, czy podarowanych, to się dopiero wyjaśni w dalszym toku śledztwa, ale tymczasem stronę www trzeba zabezpieczyć ( czytaj zamknąć ), a komputery oddać do aresztu. oto sposób na wyłączenie niewygodnego szczekacza, ale w końcu tych szczekaczy nie jest tak dużo, żeby sobie milicja nie poradziła. Wszak już nowy milicyjny narybek oczekuje na sorty mundurowe, a i pan premier podwyżki obiecał.

Prawdą jest, że ci tak zwani „patryjoci” właśnie ujawnili, że popełnili straszliwy błąd popierając tę umowę w parlamencie europejskim i dalej się kajać przed narodem zaczęli. Już nawet miałem zamiar uwierzyć, ale jakoś mi nie wyszło. Przypomniałem sobie sytuację z marca 2011 z głosowaniem nad zmianą ustawy o radiofonii i telewizji, która też była szczytem karkołomnych zapisów umożliwiających wyeliminowanie niewygodnego „nadawcy” z internetu, czy innego medium elektronicznego. Tu podobnie jak przy ACTA posłowie tym razem naszego knesetu jak w wojsku, prawie przez demokratyczną aklamację uchwalili, że ma się stać światłość. Tym razem zaklęcie nie zadziałało, bo w senacie nie zrozumieli chyba rozkazu, ale niechcący ujawniono tę poszlakę, że jeśli jest taka potrzeba „na górze” to w każdej sytuacji może zaistnieć „koalicja celów” nawet w wolnym i demokratycznym parlamencie.

Podpisanie przez Polskę ręką Ambasadora w Tokio międzynarodowej godzącej w nasze narodowe interesy, ograniczającej wolność u normalnych ludzi rodzi sprzeciw. Głupawe tłumaczenie ministra od „cyfryzacji” ( ksywa „Znak”), że nie możemy nie podpisać tylko pogrąża jego samego, jego oficjalnego pryncypała jeszcze bardziej. Bo niby czemu nie możemy? Skoro jesteśmy suwerennym krajem, a tak się teraz opowiada, mamy tę „demokrację”,  ludność cywilna miast i wsi ogłosiła na tysiącach stron www, w tym na stronie pana Premiera i na fejsbuku, że im się ta umowa nie podoba… To co stoi na przeszkodzie? Ano, coś stoi i już. Dziś jeszcze czytałem, że ten sam minister od „cyfryzacji” opowiadał jak to podpisanie tego międzynarodowego dokumentu nic nie znaczy, bo potrzebne jest jeszcze jego ratyfikowanie przez parlament. Otóż właśnie jest odwrotnie. Podpisanie tego dokumentu znaczy, że będzie on podpisany. Pytanie tylko: Z czyjego rozkazu?

 

MC

Facebook Comments

Podobne tematy